Wszystkie »

  • Wpisów:11
  • Średnio co: 159 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 20:22
  • Licznik odwiedzin:2 530 / 1910 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Długo mnie nie było.
Postaram się skrócić całą historię.
Jak najmniej emocjonalnie.
Jak najmniej mokro od łez.
Jak najlepiej.




W końcu wyjaśniliśmy sobie wszystko. Zaczęliśmy normalnie ze sobą rozmawiać. Znowu słyszałam jego piękny głos. Znowu drżałam na samą jego myśl. Uspokajał mnie, koił wszystkie nerwy, zabliźniał każdą ranę. Nie, nie byliśmy razem. Łudziłam się, że będzie pięknie, ale wszystko okazało się tylko złudzeniem, pieprzonym złudzeniem. Na nowo straciliśmy kontakt, po kłótniach, po obojętności znów nadszedł czas na rozstanie. Pogodziłam się z tym, zrozumiałam, że NIGDY NIE BĘDZIEMY RAZEM. NIGDY SZCZĘŚLIWI. Żyłam dalej. Udawałam silną. Byłam jak sklejony dzban : niby cała, ale nie taka sama. Jak co dzień weszłam na Fb, przeglądałam aktualności, zdjęcia... Ktoś napisał. Tak, to On, Grzesiek. 'zostanę ojcem'. Jedyne co przychodziło mi do głowy to: ' Gratuluję, kochanie!'. Po namyśle usunęłam 'kochanie'.
- A więc, tak się teraz bawimy... Znów probujesz wzbudzić we mnie zazdrość, Skarbie. - pomyślałam. Pewnego dnia przypadkiem usłyszałam, że Grzesiek jest z jakąś starszą dziewczyną. Było mi smutno, ale jednocześnie miałam nadzieję, że Grzesiek się ogarnie przy niej, że pokocha ją na tyle by móc się dla niej poświęcić., zerwać z pracoholictwem, przestać oglądać za innymi dziewczynami. Odpuściłam sobie. Jakiś czas później pojawił się Marek, znajomy z Domu Dziecka. Podobał mi się jeszcze gdy mieszkaliśmy razem. Teraz wyglądał inaczej. Nabrał mękiej postury, pozbył się chłopięcego zachowania. Zaczęliśmy na nowo się poznawać. W końcu przeszliśmy do flirtu. Nie wiem dlaczego, czy z chęci zapomnienia o Grześku, czy z głupiej chęci zemsty, czy raczej z samego pożądania przespaliśmy się. Zaczęłam pić. Udawać lesbijkę. Pokłóciliśmy się. Stoczyłam się na dno. Całkowicie. Z jednej strony czułam coś do Grześka, z drugiej strony Marek nie był mi nigdy obojętny, albo to hektolitry wódki ocieplały moje serduszko i rzucało się na widok najbliższego chłpaka, w tym wypadku Marka. Przespaliśmy się po raz drugi, tym razem byłam pijana. Kolejna kłótnia, poźniej mój płacz. Jak zwykle chodziło o to, że udawałam lesbijkę. Opierdol za każde 'kocham Cię' skierowane do jakiejkolwiek dziewczyny. W końcu uderzył w najczulsze miejsce. Przyjaciółka. Był o Nią chlernie zazdrosny. Mówił, że z Nią jestem, że ją kocham. Tak, kurwa, kocham ją ! Jest moją przyjaciółką, jedną, jedyną. Jak mam jej kurwa nie kochać, no jak ? Poleciało zbyt wiele słów. Rozpieprzyłam się na drobniuteńkie kawałki. Trzęsąc się wyciągnęłam telefon. Grzesiek. 'Gdzie jest ten jebany numer do Grześka? Kurwa, kiedy Cię potrzebuje masz być pierwszy na liście, a nie gdzieś przy G ! O.. Jest !' - marudziłam w drodze to toalety, gdzie spokojnie mogłam porozmawiać bez jakichkolwiek świadków.
- Halo?
- Cze... Cześć. Przepraszam. Obudziłam Cię ? - wybełkotałam pijana i zapłakana.
- Wiesz, że możesz dzwonić kiedy chcesz... Co się stało ? Nie płacz, słszysz ?!
- Nic się nie stało. Chciałam Cię usłyszeć.
- Znam Cię. Mów co się stało. Dlaczego piłaś ? Przeciż Ty nie piłaś nigdy. Co się z Tobą dzieje ?
- Nic. Rozbaw mnie.
- Nie chcę, żebyś udawała, że jest Ci wesoło.
- Jest mi wesoło. Aż się popłakałam. - siliłam się.
- Nie jest. Jesteś pijana. Idź spać.
- Kiedy się spotkamy ? Tęsknię.
- Nie wiem. Wiesz przecież, że pracuję.
- Tak, wiem. Chciałabym, żebyś mnie pokochał tak jak kochasz swoją pracę.
- Przestań. Połóż się. Jesteś pijana. Może jutro przyjadę.
- Serio ?
- Tak. Ale przestań płakać.
- Dobrze. Aaa... A jak tam Twoja dziewczyna ? Co z dzieckiem ?
- Co ?
- Pisałeś mi, że będziesz miał dziecko.
- Ej, to mój kumpel sobie jaja robił. Przepraszam Cię za niego.
- To nie masz dziecka? Ani dziewczyny ?
- Nieee.. A teraz idź spać. Słodkich snów.
- Dziękuję. Słodziutkich.
Tej nocy nie zasnęłam. Leżałam koło Marka i udawałam, że śpię. W końcu przeniosłam się. Zbyt wiele emocji. Zbyt wiele myśli. Zbeształam się za wódkę. Dotarło do mnie coś. Przy Marku też nie będę szczęśliwa. Nigdy nie będę szczęśliwa. Nie potrafię kochać. Manipuluję ludźmi. Nie zasługuję na nic. Zasługuję jedynie na cieprienie. Wymyłam kieliszki po wódce, na orzeźwienie przejechałam żyletką po udzie. Żeby zapamiętać lekcje. Dotarło do mnie, że Grześka dziś nie będzie. Jutro, pojutrze też. Najprawdopodobniej nigdy już nie będzie. 'Jesteś wyjątkowa, kurwa, czaisz ? Poradziłaś sobie ze wszystkim sama. Oni nie zasługują na Ciebie. Jesteś wyjątkowa. Nie potrzebujesz ich ! Nie potrzebujesz nikogo ! Sama zajebiście sobie ze wszystkim radzisz ! Jedyne czego sama nie zrobisz to nie przytulisz samej siebie. Z resztą sobie poradzisz !' Po tych myślach nie było już Grześka, Marka, NIKOGO.

Po paru dniach w aktualnościach na Fb pojawiło się zdjęcie umieszczone przez Grześka - kobieta w ciąży. Uśmiechała się do obiektu. Na kolejnych zdjęciach był On, Oni razem, znowu Ona... 'Gratuluję. I tak zawsze będziesz dla mnie cholernie ważny. Szczęścia. Tylko nie zniszcz jej tak jak mnie !' - wyszeptałam do monitora.


Mam nadzieję, że nikt źle tego tekstu nie odbierze, jeśli ktokolwiek to przeczyta.
 

 
"Rozmyslasz o tym, czego mu nie powiedziałes. Ze niekiedy go rozczarowałes. Ze sa rzeczy, o ktorych wtedy chciałes mu powiedziec, i o tym, co bys mu powiedział teraz. I najchętniej bys pobiegl do niego pod dom. Wcisnal guzik domofonu. Namowil, zeby do ciebie wyjrzal. Tato... zapomnialem ci cos powiedziec... pamiętasz, jak się wtedy wybieralismy... wlasnie.

To sprawia, ze czujesz sie fatalnie. Może tamta rzecz byla kompletna bzdura... ale tyle bys dal, by moc mu ja powiedzieć. '

Federico Moccia 'WYBACZ, ALE BĘDE CI MOWILA SKARBIE'
 

 
Pamiętam jak wszystkim w kółko to powtarzałam. Dokładając 'Przejedziesz się, zobaczysz...'; 'Skoro raz to zrobił, zrobi ponownie...'; 'Ludzie się tak chętnie nie zmieniają. Chyba nie wierzysz w to?' itp. Ale oczywiście często bywa tak, że swoich rad nie słuchamy.
Po tej całej akcji z Grześkiem obiecałam sobie, że to koniec mojej naiwności. Oczywiście najpierw winę zgoniłam na siebie, bo to ja musiałam zrobić coś źle, to ja musiałam sprowokować Go do tego, żeby leciał na dwa fronty. Zarzucałam sobie wszystko, dosłownie wszystko. Mogłam być milsza, więcej wybaczać, ustępować, zgodzić się na seks, być bardziej potulną osobą... Znalazłaby się cała lista pt. 'Co mogłam zrobić, żeby do tego nie doszło?'. Cholernie Go kochałam, myślałam tylko o Nim i o jego krzywdzie, swoją doskonale tuszując. Czekałam na moment kiedy się odezwie. Mógł mnie zwyzywać, byle tylko dać znać co się z Nim dzieje. Wpadłam w ogromny dół, moje uczucia zostały zdeptane i skopane. W końcu przejrzałam na oczy: TO NIE JEST MOJA WINA. Nie zrobiłam nic złego. Niczemu nie jestem winna, nie tym razem. Nie czekałam na żaden telefon od Niego, żyłam swoim życiem. Nie, nie zapomniałam o Nim, nie chciałam zapomnieć. Przeżyliśmy razem kilka cudownych chwil, zawsze był przy mnie, wspierał mnie, pocieszał, wygłupiał się i cudownie całował. Wszystko do tego momentu. W końcu zaczęła tlić się we mnie iskierka czegoś złego, nazywałam ją nienawiścią, choć zapewne nawet nie stało to koło nienawiści. Chciałam Go znienawidzić, ale czułam jedynie ogromny żal, pustkę, złość i stratę. Byłam w szoku, bo okazał się inną osobą, taką której jeszcze nie znałam i bałam się poznać. Przebolałam Go, podniosłam się i żyłam codziennością. Trwało to około rok. Później Grzegorz zaburzył tą równowagę: (G - Grzesiek, P - (ja)Patrycja)
G:Hej co u Ciebie słychać?
P:Od kiedy Cię to interesuje?
G:A od zawsze, tylko nie miałem neta, Rybko.
P:Nie interesuje mnie to, wiesz o tym. Jak tam Ela?
G:Z Elą nie jestem. Jestem sam. A skąd wiesz?
P:A jak myślisz? Kobieca intuicja po tatusiu.
G:Chciałbym się z Tobą spotkać.
P:To zapraszam do Poznania.
G:A kiedy mogę skarbie i co będziemy robić?
P:Możesz teraz. Odprowadzę Cię na pociąg powrotny.
G:A co tam robisz? Wiesz, że dla Ciebie nawet do Poznania pojadę...
P:Jestem. Nie musisz wszystkiego wiedzieć.
Nie chciałabym marnować Twojego czasu.
G: Dlaczego odprowadzisz mnie na pociąg? Nie chcesz się ze mną spotkać?
P:Nie rozumiem po co chcesz się spotkać...
G:Nie zmarnujesz mi czasu. Tęsknię za Tobą.
P:Szybko sobie o mnie przypomniałeś. Szkoda, że nie było Cię wtedy, kiedy potrzebowałam kogokolwiek.Poza tym Ela może nie wypuścić Cię z domu.
G:Bardzo cię przepraszam Słonko, ale naprawdę nie miałem jak i było mi z tym źle.
P:Co mi z Twoich przeprosin? Tyle czasu Cię nie było, teraz jesteś i myślisz, że co? Bo kurwa nie rozumiem. Źle Ci było? Szczerze wątpię, obawiam się, że zostałeś wyprany z jakichkolwiek uczuć.
G:Z Elą nie jestem, naprawdę.
P:Tak samo jak wtedy? Zresztą nie ważne, to i tak nic nie zmienia, bądź sobie z kim chcesz.
G:Nie pisz tak...
P:A jak mam pisać? Czego Ty oczekujesz ode mnie?
G:Tak jak wtedy. Kotku, chcę być z Tobą. Wybaczysz mi Rybko? Udowodnię Ci, że się zmieniłem.
P:No właśnie, ZMIENIŁEŚ SIĘ. Ty sam nie wiesz czego chcesz. Latek może i masz dużo, ale na prawdę jesteś dzieckiem. Myślisz, że jestem aż tak dobra, żeby wybaczać?
G: Dużym dzieckiem, Kotku. Jestem pewien że chcę Ciebie i tylko Ciebie. Myślę, że wybaczysz. Zależy mi na tobie, uwierz mi.
P:Zależy Ci? Słyszysz siebie? Jeśli by Ci zależało nie zrobiłbyś mi tego.
G:Tak, bo bym się nie odezwał... a zrobiłem pierwszy krok. Ale co ja ci zrobiłem, Myszko?
P: Przypomnij sobie. Historia sprzed roku. Jak widać - nie zapominam o niektórych rzeczach.
G:Ale wybacz mi to, Żabciu. Żałuję tego.
P:Czego żałujesz? Konkretnie.
G:Co zrobiłem Tobie i że nie mogę być z Tobą.
P:Ty nawet nie wiesz czego powinieneś żałować. Nie widzisz nic złego w swoim zachowaniu, nic się nie zmieniłeś, wciąż zachowujesz się jak nabuzowany hormonami nastolatek. Chyba nigdy nie minie Ci ten okres...
G:To znaczy że nie możemy zacząć wszystkiego od początku?
P:Jesteś niedojrzały, nie widzisz tego? Uważasz, że ludzie to zabawki. Nie dorosłeś do związku.

To rozmowa z sierpnia, ostatnia wiadomość została wyświetlona, ale do tej pory nie odpisał na nią.
Po jakimś czasie kontaktowaliśmy się telefonicznie. Odpuściłam, ale nie wybaczyłam. Rozmawialiśmy 'prawie' normalnie. W końcu umówiliśmy się. Spotkanie miało być w innym mieście (moim rodzinnym), mieliśmy wpaść do siostry i mojego szwagra, bo wszyscy nawzajem się uwielbialiśmy. Czekałam. Czekałam. Czekałam... Chciałam pogadać, już nie być taką wredną suką jak podczas rozmowy z sierpnia, ale do spotkania nie doszło. 'Nie wchodzi się drugi raz do tej samej rzeki.' Gdybym posłuchała swoich rad, którymi pięknie obdarowuję innych nie wyszłabym na naiwną idiotkę, oszczędziłabym sobie tego wstydu. Nie ma teraz co płakać nad rozlanym mlekiem, mam nauczkę - SŁUCHAJ SWOICH RAD!
 

 
Moja matka odeszła kiedy miałam niecałe pół roku. Z opowiadanych przez tatę historii wiem, że nie zajmowała się Nami (mną i siostrą) jak należy: wylegiwała się w łóżku godzinami, rzadko kiedy robiąc Nam kaszkę, a gdy już się to zdarzało była ona przypalona, a po domu roznosiła się woń spalenizny. Chodziłyśmy w jednym pampersie/pieluszce przez cały dzień, obrzygane i zapłakane czekałyśmy na powrót taty, który ogarnąłby cały ten syf. Taki stan rzeczy trwał o wiele krócej niż pół roku, następnie matka zmęczona tak cholernie ciężką pracą, której wcale nie miała - uciekła. Spakowała swoje rzeczy i wyszła, zostawiła Nas same bez żadnej opieki. Kiedy tata wrócił do domu, po matce nie było ślady, a Nasz płacz, wołanie o jedzenie dawało wyraźne do zrozumienia sygnały, że nie ma jej od samego rana. Zostaliśmy sami: tata, ja i siostra. Żyliśmy sobie swoim życiem, tata nauczył Nas wszystkiego: od chodzenia, mówienia po gotowanie i inne niezbędne do życia czynności. Naszą równowagę zaburzyła wizyta matki, która po 11 latach przypomniała sobie o Naszym istnieniu. W progu Naszego domu, nie pojawiła się sama, była przy niej, u boku malutka dziewczynka, która na oko wyglądała na 2-3 latka. Roksana - Nasza młodsza siostra. Nigdy nie dowiedziałam się czego moja matka chciała tamtego pamiętnego dnia. Jedyny powód jaki przychodził mi w owym czasie do głowy to przebaczenie, na które nie miała co liczyć, więc musiała odejść, tak jak zrobiła to 11 lat temu. Wówczas bez Naszej pomocy, tamtego dnia z niewielką pomocą opuściła Nasz dom, do którego nie należała od 'wieków' i była w nim niemile widzianym gościem. Od zawsze mieszkałyśmy w tym samym mieście, mijając się na ulicy, nie wiedząc nic o swoim istnieniu. Od tamtego dnia robiłyśmy to świadomie: świadomie wybierałyśmy inne drogi, świadomie mijałyśmy się szerokim łukiem, świadomie NIE ZNAŁYŚMY SIĘ. To nie tak, że jej pojawienie się nie zmieniło w żaden sposób mojego życia, nie jestem nieczułą suką, choć większość ludzi za takową mnie uważa. Od tamtej chwili, dzień w dzień zastanawiałam się jak żyje Roksana, czy wszystkiego ma pod dostatkiem, czy jest szczęśliwa z matką... Byłam z Nią, każdego jebanego dnia byłam z Nią myślami i duchem. Niebawem poznałam prawdę, usłyszałam historię dzięki której moje wątpliwości co do szczęścia w Życiu Roksany zostały potwierdzone. Moja matka była, jest i będzie pierdoloną pijaczką, dającą dupy na prawo i lewo, nie martwiącą się o niczyj los, widzącą jedynie koniec własnego nosa, złą matką, która nie zasługuje na żaden szacunek. I nie, nie dodam, że chciałabym, żeby zginęła, żeby leżała w grobie, albo smażyła się w piekle... Piekło zafundowała sobie sama, tu, na Ziemi... Nie zazna miłości, szacunku i miliona innych pięknych uczuć, bo NIE ZASŁUGUJE NA ŻADNE Z TYCH PIĘKNYCH UCZUĆ. Czytając to myślisz: 'O Boże, jak Ona może tak mówić o własnej, rodzonej matce, która przez pieprzone 9 miesięcy trzymała ją pod swoim własnym sercem, chroniąc jej bezbronne dupsko...'. Otóż mogę, mam do tego prawo, zasłużyła sobie na to. Historia, która została potwierdzona i która sama potwierdziła jaka jest moja matka: Sąsiedzi mojej matki dostrzegli, że Roksanka chodzi głodna, brudna i wygląda jak dziecko Trzeciego Świata, więc postanowili, że od teraz będą zapraszać ją na śniadanka i dawać jakieś słodycze na później, zabawki po dzieciach z rodziny itp. Trwało to przez jakiś czas, aż pewnego dnia przyjechało pod dom matki pogotowie i zabrało wycieńczoną, osłabioną i na wpół umierającą Roksanę. Przyczyna? Moja 'super', 'przecudowna' i 'najwspanialsza' mamuśka postanowiła sprzedawać wszystkie podarki od sąsiadek i w ten sposób miała pieniądze na kolejne nalewki, czy jakieś inne świństwa, a moja siostra w tym czasie powolutku mogła sobie umierać z głodu... Na szczęście Roksana wróciła do siebie, matka straciła prawa rodzicielskie do kolejnego dziecka z rzędu, zostając w ten sposób sama jak palec.
 

 
Moja siostra chciała się zabić. Byłam w szoku. Miałaby zostawić dwójkę dzieci? Pomyślałam, że może ich ciężki stan, te wszystkie choroby wykończyły ją psychicznie. Postanowiłam, że poczekam do soboty(wczoraj) i z Nią porozmawiam. Dowiedziałam się jedynie, że kolejny raz ćpała, że to wszystko wina narkotyków do których postanowiła wrócić za namową jej byłego chłopaka. Nic więcej. Tylko tyle. Miałam sobie odpuścić, dać spokój, bo przecież nic się nie stało. 'Jak zwykle histeryzujesz.' Wiedziałam, że niczego z Niej nie wyciągnę, upewniłam się, że było to chwilowe, że nie zamierza nic sobie zrobić... Z bolącym gardłem wychrypiałam, że nienawidzę narkomanów. Nasza rozmowa przebiegała mniej więcej tak:
- Ale mnie mimo wszystko kochasz.
-Ale jeszcze bardziej kochałabym Cię, gdybyś nie ćpała. Nie masz żadnych względów przez to, że jesteś moją siostrą.
-Daj spokój. Ty nigdy nie zamierzasz wziąć bucha?
-Nie, nie zamierzam - powiedziałam ściszonym głosem.
Na tym zakończyła się nasza rozmowa. Doszłyśmy na mieszkanko usamodzielniające, które kilka tygodni/miesięcy temu zostało przeniesione w to właśnie miejsce. Była wychowawczyni, która pracowała jeszcze 'za moich czasów', powspominałyśmy jak było dawniej, siostra załatwiła sprawę, którą miała do załatwienia i wyszłyśmy. Chwilę po wyjściu usłyszałam:
- Żal mi tych dzieci. Pamiętam jak my byłyśmy na mieszkanku. - powiedziała ze smutkiem w głosie moja siostra.
- Mnie nie jest ich żal. Nie zrozum mnie źle... - zawiesiłam się chwilkę, by wyszukać odpowiednich słów, które mogłyby oddać to co myślę. - Szkoda, że muszą wychowywać się w bidulu, naprawdę. Ale czasami lepiej wychowywać się tu, w bidulu, niż we własnym rodzinnym domu. Już nie pamiętasz historii tych wszystkich katowanych, głodnych dzieci? Niech siedzą w Domu Dziecka, tu mają lepiej. Lepiej niż ja w rodzinie zastępczej. Niech się nie pchają do nowych domów, tam szczęścia nie znajdą.
- Masz racje. W bidulu nie było źle, ale urzędy Nas skrzywdziły.
- Tak, w domu miałyśmy super, najpiękniejszy czas w moim życiu...
- Moim też...
- Zawsze miałyśmy co chciałyśmy, czasami kupowałyśmy po 10 lakierów do paznokci jednego dnia, dostawałyśmy po dużej siatce słodyczy, byłyśmy księżniczkami, pamiętasz? - wspominałam z zaszklonymi oczami i uśmiechem na twarzy, mając przed oczami obraz dawnych lat.
- Pamiętam. Ciebie tata zawsze mocniej kochał. Czasami pytałam Go czy mogę z Nim jechać, ale odpowiadał, że Pyćka jedzie z Nim. Byłam cholernie zazdrosna. - wyżaliła się siostra.
- Co? On traktował Nas po równi, kochał Nas obie tak samo. To babcia robiła różnicę, zawsze tak było. Ciebie kochała, miałaś wszystko czego tylko chciałaś, a ja... nienawidziła mnie, biła mnie, robiła mi na złość, szarpała mnie i zabierała mi rzeczy... Ojciec kochał nas tak samo. Może chciał mi wynagrodzić ten koszmar, zwłaszcza, że Ty też lubiłaś mi dokuczać. To ja wiecznie byłam sama i smutna, a Ty robiłaś wokół siebie szum, wszyscy Cię kochali, byli z Ciebie dumni, chwalili się Tobą, a mnie jakby nie było, nie istniałam. - powiedziałam z przybierającym płaczem. - Nie mówmy o tym.
Następne kilkanaście metrów szłyśmy w ciszy. Później siostra zapytała, czy mam kontakt z Romkiem (bratem).
- Nie, nie mam. - odparłam.
- Wiesz może dlaczego Romek się od Nas odciął?
- Ech... Mam swoje przypuszczenia... Nie ważne...
- Masz swoje przypuszczenia...
- Mówiłam, że nie ważne.
- No powiedz.
- Wydaje mi się, że chodzi o jakąś grubszą, rodzinną sprawę... - powiedziałam.
- Ale jaką?
- No właśnie nie wiem. Tobie się tak nie wydaje? Ja jestem tego pewna. Prawie tak samo jak tego, że... nie mamy jednego taty. - spojrzałam na Nią próbując wyczytać coś z jej twarzy. Dla Nas obu było to ciężkie. - Nie jestem do Niego podobna, poza tym...
- To nie ma znaczenia. I tak zawsze będziemy siostrami, bez względu na wszystko. Za dużo razem przeszłyśmy. Tylko Ty byłaś przy mnie w każdej złej i dobrej chwili, nikt inny. Niczego to nie zmienia, słyszysz? - przerwała mi siostra. Słowa wypowiedziała z zaskakującą mnie pewnością siebie.
- Tak. - wyjąkałam. - Nie zamieniłabym tych chwil na żadne inne. - tymi słowami zakończyłam rozmowę.

Jeszcze tego samego dnia w trakcie spacerku powiedziałam:
- Wiesz co?
- Co?
- Może to okropne co powiem, ale tata umarł w dobrym czasie.
- Co masz na myśli?
- Jego śmierć Nas pogodziła. Gdyby nie umarł wtedy... - zacięłam się. - ... Nie byłoby tak samo. Pamiętasz jak się zawsze kłóciłyśmy, biłyśmy, nienawidziłyśmy? Dalej by tak było... Poza tym nie wiadomo czy byłyby dzieci, czy doszłoby do tego, że urodziłabyś, wyszła za mąż... Ale przypuśćmy, że tak... Wtedy znów nie znaczyłabym nic.
- Yyy...
- Byłby dziadkiem. Chciałby Ci pomóc. Tylko Ty byś się liczyła, a ja zeszłabym na drugi plan, przestałabym się liczyć... - zawiesiłam się. - Byłby cudownym dziadkiem.
- Masz racje, ze wszystkim.

 

 
Dzisiejszy dzień był cudowny.
Zaspałam. Nieogarnięta, kolejny dzień z rzędu nie widząca lustra i szczotki do włosów wsiadłam do samochodu. Uśmiechałam się jak nigdy, to odróżniało ten dzień od innych. Nie byłam zła, że zaspałam, nie uczesałam się, nie zdążyłam wypić porannej kawy, czy nie wyspałam się, bo zarwałam całą nockę przeznaczając ten magiczny czas na trzęsienie się nie tyle z zimna, co braku ciepła jakiejś bliskiej duszyczki. W autobusie spotkałam Darię, zamieniłyśmy kilka słów i obie czekałyśmy na dobrego człeczka, który poratowałby Nas papierosem, bo My cierpiałyśmy na jego brak. W końcu przyszedł upragniony moment, zapaliłyśmy. Żadna z Nas się nie napaliła, więc czekałyśmy na kogoś kto mógłby odsprzedać Nam jednego papierosa. Znalazłyśmy. Dwa szlugi poszły w kółeczko i dzieliły się między 6 osób. Doczłapałyśmy na lekcję. Jako pierwszy był WOS. Odleciałam, byłam zupełnie gdzie indziej, a kiedy wróciłam do rzeczywistości usłyszałam: 'Wyobraźcie sobie, że Wy i Wasze matki macie jednego faceta i Go obracacie.' Zaczęłam się złościć... 'Jak można potraktować kogoś tak rzeczowo, facet też ma uczucia, do cholery!', ale szybko ochłonęłam, bo uzmysłowiłam sobie, że profesor od WOS-u za wszelką cenę chce Nam się upodobać. Późniejsze słowa jeszcze bardziej mną wstrząsnęły: '...normalne związki, czyli między kobietą a mężczyzną i te nienormalne...'. Nie dane było mu skończyć, moja cierpliwość się skończyła i wybuchnęłam: 'Fajnie, czyli jestem nienormalna, tak? Bo mogę zakochać się w osobie tej samej płci... Przecież to jest udowodnione, że kobiety z natury są biseksualistkami!' Mój wybuch zagłuszyły szumy w klasie, słowa dotarły jedynie do koleżanek z mojej ławki (w tym jednej niekryjącej się bi) i do dziewczyn za Nami. Kolejna lekcja to godzina wychowawcza z Panem i Władcą tego świata, który wszystkich traktuje jak podwładnych, tylko przede mną mając respekt. Obawiałam się tego spotkania. Dwa dni temu (chyba dwa) widział mnie na papierosku, po raz enty. O dziwo, nie pisnął nawet słówkiem. Zajęcia artystyczne, dwa pod rząd. Nadszedł najpiękniejszy czas! Nagroda za cały tydzień, deser. Dostaliśmy łamańce językowe, była kupa śmiechu. Wcielałam się, robiłam to co kocham. Byłam policjantem, czarownicą... Na angielskim rozmawiałam z panią profesor, rozmowa zajęła Nam całą lekcję i przerwę, mogłybyśmy tak w kółko. Poszłam na religię, mimo, że jestem ateistką. Uwielbiamy się z księdzem. Zebrał dla mnie kasztanki, by mnie chroniły i dawały pozytywną energię. Na 16:30 miałam zajęcia teatralne, do tej godziny było daleko, a nie miałam zamiaru wracać do domu. Musiałam coś ze sobą zrobić. Odprowadziłam Nikolę pod dom i odwiedziłam koleżankę w pracy. Doczłapałam na teatralne i znów odegrałam swoją rolę, tym razem doktora (szowinistę), nauczycielkę i dziewczynę, która naśmiewa się z innych. Humor dalej mi dopisywał, postanowiłam, że poczekam z koleżanką na jej nyskę, która miała być za półtorej godziny. Znów robiłyśmy sobie 'słit focie'. Wiedziałam, że gdy tylko dotrę do domu będę musiała wziąć się za sprzątanie, jedyny warunek by spotkać się z siostrą, ale nawet to nie zmazało mi tego głupiego uśmiechu z ust.
 

 
Kochani...
Życzę Wam cudownych chwil, poznania drugiej połówki i prawdziwego przyjaciela, który nie opuści Was w najmniej odpowiednim momencie, spełnienia marzeń, żeby tych krytycznych sytuacji było jak najmniej. Bądźcie kochani i sami kochajcie ! Buziaczek dla każdego.
 

 
Ostatnie dni spędziłam na rozmyślaniu o tym jak wyglądałby moje życie, gdyby żył tata. Czy byłabym szczęśliwa? Jaki stosunek mieliby do mnie ludzie? Do jakiej szkoły bym chodziła? Mieszkalibyśmy w tym samym mieszkaniu co wcześniej? Jakim byłby tatą/dziadkiem/szwagrem? Radzilibyśmy sobie z finansami? Jakim byłabym człowiekiem? Czy kochałby mnie taką jaką jestem teraz? Jak wyglądałyby moje relacje z siostrą? Jak zareagowałby na ciążę siostry? Byłby szczęśliwym człowiekiem? Miałby powód by być z nas dumnym? Czy miałabym wsparcie? I milion takich, na które odpowiedzi nigdy nie usłyszę. Nie dowiem się jak wyglądałby dzisiejszy dzień z Nim, co byśmy jedli, czy wgl. byśmy jedli, do jakiej chodziłabym szkoły, ale pewna jestem jednego: niezależnie co bym zrobiła lub też nie - kochałby mnie ponad wszystko bezgraniczną miłością, nie oczekując nic w zamian.

Zapomniałam powiedzieć mu jak bardzo Go kocham, ile dla mnie znaczy, że nigdy Go nie zapomnę, że to najwspanialszy człowiek na ziemi, mój autorytet. Człowieku, jeśli przeczytałeś ten tekst to zrób coś dla mnie, dla siebie samego... Pomyśl o tym, kto jest dla Ciebie ważny, bez kogo Twój świat wywróciłby się do góry nogami, kogo kochasz i najzwyczajniej w świecie przytul się i powiedz ile znaczy dla Ciebie ta osoba, bo niedługo może być za późno 'Nie znasz dnia, ani godziny' - pamiętaj o tym. Ja zapomniałam i żyję ze świadomością, że mój najdroższy ojczulek nie wiedział, że jest najcenniejszą osobą na całym świecie, że oddałabym za Niego WSZYSTKO.
  • awatar Szymanek: Nie każdy, kto nas spłodził zasługuje na miano 'mamy' czy 'taty', wielu z nich nie zasługuje na szacunek, nawet na splunięcie w ich stronę. Takim przykładem jest kobieta, która mnie urodziła o czym w najbliższym czasie będzie wpis.
  • awatar MIASTO PSYCHOPATY: W dzisiejszych czasach wiele osób mówi na swoich rodziców 'starzy', odnoszą się do nich bez szacunku itp. Ale zapominamy o tym, że Ci ludzie nas stworzyli, włożyli tyle wysiłku na to, aby nam dogodzić, pomóc, nauczyć... Kochajmy, póki możemy. zgadzam się z Tobą. :c
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
To było niewiele ponad 5 lat temu, choć rozmowy o tym zaczęły się już wcześniej. Od dawna proponowano mi, żebym poszła do rodziny zastępczej. Właśnie wtedy pojawili się państwo, którzy szukali córeczki. Pierwsze spotkanie było bardzo stresujące, chciałam żebyśmy się sobie spodobali, chciałam uciec stamtąd, zapomnieć o przeszłości i zacząć zupełnie nowe życie. Ci państwo byli w podeszłym wieku, obojgu niewiele brakowało do emerytury, posiadali dwójkę dorosłych dzieci: syna(ponad 30 lat) i córkę(20 z kawałkiem), którzy mieszkali z dala od rodzinnego domu. Zaczęły się tzw. przepustki, co weekend odwiedzałam ich, spędzaliśmy ze sobą wiele czasu, dużo rozmawialiśmy. Było prawie idealnie, prawie. W końcu musiałam podjąć decyzję, czy chcę u nich zamieszkać na stałe. Niewiele myśląc zgodziłam się. Wtedy okazało się, że jestem puzzlem z innej układanki, że nie pasuję do tego obrazka i zakłócam jego piękno. Ciągle słyszałam: 'Bierz przykład z moich dzieci...', ale nigdy nie chciałam być taka jak oni, mimo że bardzo ich lubiłam. Od zawsze miałam alergię na ideały, doszukiwałam się choćby jednej skazy, by uznać to za prawdziwe. Miałam około 11 lat, bagaż doświadczeń, depresję i charakter, który był kształtowany nie koniecznie przez odpowiednich ludzi. Niedługo zrozumieli, że nie oczekiwali mnie - dziecka, które już dawno przestało być dzieckiem, które nie potrafiło odnaleźć szczęścia, przyjąć pomocy od innych, dziecka, które nie było zwykłym, normalnym dzieckiem - chcieli córeczki, która będzie się śmiała, która będzie DZIECKIEM, a nie dorosłą w ciele dziecka. Z czasem utworzyłam sobie swój mały świat - pokój, z którego praktycznie nie wychodziłam, zagłębiając się coraz bardziej w książkach i bohaterach. Żyliśmy w jednym domu, zupełnie nie znając się, nie rozumiejąc swoich potrzeb, siebie, czekając nie wiadomo na co. Skoro nie wyszłam im jako dziecko postanowili spróbować ze zwierzętami: kupili ze 30 kur, kilka gąsek, perliczek, ze 20 królików, 2-3 indyki. To one stały się najważniejsze, poświęcali im wiele czasu, rozmawiali z nimi, opiekowali się nimi. Zaczęłam nienawidzić zwierzęta, które kiedyś tak bardzo lubiłam. Po dzisiejszy dzień mijamy się bez słowa lub rozmawiamy o niczym, udajemy, wyczekujemy do mojej 18, składamy sobie fałszywe życzenia, gramy wyznaczone nam przez los role, jesteśmy obojętni, wredni i nieczuli. Historii z ich udziałem jest mnóstwo, a te dobre, choć nieliczne świecą się jak niektóre gwiazdy delikatnym światełkiem.
 

 
Miałam niecałe pół roku, kiedy zostawiła mnie mama. Odeszła bez słowa. Zostaliśmy sami: ja, starsza o rok siostra (Irena) i tata. To wtedy tata zaczął pić tak na dobre. Nie dawał sobie rady, a my wcale mu w tym nie pomagałyśmy. Przynajmniej ja, bo moja siostra była wtedy poukładanym, grzecznym dzieckiem, a ja - znienawidzonym przez wszystkich dzieckiem, którego nikt nie kocha poza ojcem. Ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, praca taty nie wystarczała by utrzymać naszą trójkę. To wtedy pojawili się urzędnicy. Pamiętam panią, która przychodziła i sprawdzała, czy mamy co jeść, czy nie jesteśmy bite... Byłyśmy księżniczkami naszego tatusia, wyczarowałby dla nas wszystko, nigdy nie podniósł na nas głosu, nie pamiętam bym dostała chociaż klapsa, tworzyliśmy szczęśliwą rodzinę, choć z siostrą pałałyśmy do siebie niechęcią, przez babci faworyzowanie. Chcieli nam to odebrać i zrobili to w najmniej oczekiwanym momencie. Byłam w szkole, miałam właśnie lekcję religii, na którą byłam zmuszona chodzić, wszystko za sprawą wiary mojej babci... Na lekcję weszła pani dyrektor i poprosiła mnie do gabinetu. 'Ciekawe o czym tym razem się dowiedziała...' - pomyślałam. Gdy weszłam do jej małego królestwa kazała mi usiąść wygodnie na fotelu i przekonywała mnie, że w domu jest mi źle, że będę szczęśliwa gdzie indziej, że podjęto decyzje, że tego dnia nie wracam już do domu... I tak się stało, tego dnia nie wróciłam do domu, do taty, do czekającego ciepłego obiadku. Do dziś pamiętam swój płacz, zaciąganie mnie do obcego samochodu, w którym czekała już moja siostra ze zbolałą miną. Zabrano nas do Pogotowia Opiekuńczego, to miał być nasz tymczasowy dom, jedynie na pół roku. Mieszkałyśmy dalej w tym samym mieście, tata w wolnej chwili odwiedzał nas, ale nigdy nie powiedziałam mu jak tam było, nigdy nie opowiedziałam mu o faszerowaniu nas tabletkami, biciu, wykorzystywaniu przy różnych pracach. Pół roku minęło, okazało się, że nie ma nigdzie miejsc dla nas, więc musimy zostać tu dłużej, że koszmar jeszcze się nie skończył. Minęło kolejne pół roku, wyjeżdżaliśmy na ferie, przynajmniej tak wtedy myśleliśmy. Spakowaliśmy swoje rzeczy, wsiadłyśmy do innego niż zwykle samochodu, którym kierował obcy facet. Po pół godziny jazdy dotarliśmy przed drzwi Domu Dziecka, kazano nas zaprowadzić do pokoi. Trafiłyśmy do tej samej grupy, przydzielono nam różne pokoje, wśród zupełnie obcych dzieci. Już nie byłam tym samym dzieckiem, nie uśmiechałam się jak dawniej, zupełnie się nie uśmiechałam, stałam się obojętna na wszystko, spokojna, opanowana. Wszystko za sprawą leków. Moja siostra również się zmieniła, zaczęła pić, palić, jak się później okazało ćpać też. Utraciłyśmy siebie. W bidulu próbowano przywrócić w nas radość, chęć do życia. Z czasem doszliśmy do kompromisu: my sztucznie się uśmiechałyśmy, oni nie próbowali nas zmieniać. Za dobre zachowanie zostałyśmy przeniesione na mieszkanko usamodzielniające, które było w naszym rodzinnym mieście. Byłam blisko taty - rozwinęłam swoje skrzydła, choć już nigdy nie uśmiechałam się jak dawniej, bezpowrotnie utraciłam dzieciństwo i zaznałam smak okrutnego życia. Wtedy pojawili się urzędnicy, chcieli odebrać prawa rodzicielskie mojemu tacie, bo był alkoholikiem. Wybłagałam Go, żeby zawalczył o mnie i siostrę, żeby nas nie oddał bez walki, żeby zawalczył również o siebie. Poszedł na leczenie uzależnień. Spędził tam sporo czasu, zrobił to dla nas. W formie terapii pisał pamiętnik ze swojego życia, obiecał, że kiedyś go nam pokaże. Nie pił przez kilka miesięcy. 1 września 2007 roku byliśmy umówieni. Właśnie wróciłam cała mokra ze spaceru, bo lało. Zamierzałam się przebrać i udać do babci, bo właśnie tam się umówiliśmy. Weszłam na mieszkanko i od progu usłyszałam: 'To Ty Patrycja?'. Poszłam do pokoju wychowawców, był tam znienawidzony przeze mnie opiekun. Czułam, że zaraz coś się wydarzy.
- Twój staruszek nie żyje, teraz nie wrócisz do domku. - z ironią w głosie odparł opiekun.
- Odszczekaj to. - zawarczałam.
- Może tak grzeczniej... Zmarło się staruszkowi rano, nie miej do mnie o to pretensji. - powiedział z miną, która rozwiała wszystkie moje wątpliwości.
Wbiegłam do pokoju z czymś czego nie da się w żaden sposób opisać. Nie był to ani płacz, ani szloch. Było to coś bliżej nie określonego. Wpadłam w furię. 'TO NIE JEST MOŻLIWE!' - wyłkałam. Wywaliłam wszystkie rzeczy z biurka, półek, szafy... Opadłam na kolana i wtuliłam się w nie, późniejszych wydarzeń nie pamiętam, zmyślać nie będę. Dowiedziałam się, że to był zawał, spadł z wersalki, podniósł się, ponownie położył i znów upadł, tym razem nie wstając już nigdy i nie biorąc więcej żadnego oddechu. Uratowaliby Go, gdyby nie przyjechali ponad 45 minut po zgłoszeniu. Zaczęłam palić, kochałam ten zapach, był wspomnieniem taty. Piłam. Na pogrzebie pocałowałam Go po raz ostatni, w siną już skórę. Wybiegłam z płaczem z kapliczki, po raz ostatni odprowadziłam Go, nie tam gdzie chciałam. Tego dnia też nie pamiętam zbyt dokładnie, wiem, że upiłam się, spaliłam mnóstwo szlugów i płakałam, dopóki nie skończyły się łzy. Nie pamiętam nic więcej z tamtego okresu, nie wiem jak żyłam, funkcjonowałam... Niedługo potem poszłam do rodziny zastępczej, w której nadal tkwię. Nie jest mi tu dobrze, nie było i nie będzie. Wątpię, żebym znalazła szczęście gdzieś indziej. Uśmiecham się, aktorskim uśmiechem. Kształtuję się w kierunku aktorskim, na razie tylko to dobrze mi wychodzi.

Po tacie zostały mi tylko jego zapiski, pamiętnik, spisane życie na kartkach i grób. I coś, czego nikt mi nie odbierze - WSPOMNIENIA!
  • awatar Szymanek: @- SHOW ME WHAT IS LOVE-: O jejku, dziękuję. Te słowa wiele dla mnie znaczą. Dawno nie słyszałam zlepku tylu pięknych słów. Aż mordka wykrzywiła mi się i pokazał się na niej uśmiech. Również jestem do Twojej dyspozycji, pisz kiedy tylko najdzie Cię ochota. Miłego wieczoru. :*
  • awatar - SHOW ME WHAT IS LOVE-: Odebrało mi mowę... :o Nie wiem od czego zacząć, po tym wpisie nie umiem zebrać myśli w całość... PRZYKRE TO... BARDZO. Nie wiedziałem, że wsród nas jest ktoś taki. - Człowiek o tylu przejściach... Nie wyobrażam sobie życia bez rodziców. Choć mam trudną sytuację w domu i 18 lat na karku, cierpię... Zoszę ból od jakiegoś czasu, od teraz razem z Tobą. Masz moje wsparcie. ; * ps. jeśli chcesz pogadać, pisz na priv. :x
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
To był Dzień Matki - jakże znienawidzony dzień, każdego roku nienawidzę go z zupełnie inną siłą. Wracałam busem od siostry. Głowę miałam opartą o szybę i rozmyślałam. Oprzytomniałam gdy usłyszałam czyjś głos, szalenie miły, seksowny, interesujący. Odwróciłam się. Ujrzałam starszego chłopaka rozmawiającego przez telefon. Oparłam się o siedzenie i westchnęłam, w głowie pojawiła się myśl: 'Szkoda, że nie mówi do mnie'. Po chwili poczułam na sobie czyjś wzrok. Wiedziałam, że to on. Uświadomiłam sobie, że za chwilę oboje wysiądziemy i udamy się w swoim kierunku: ja poczekam na kolejny bus, on wróci do swojego domku. Wysiadłam z busa, podeszłam do rozkładu jazdy, bus w dalszą stronę miał być za około godzinę. Poczułam czyjś oddech na swoim karku, odwróciłam się: to on.
- Hej, też czekasz? - zapytał mnie swym cudownym głosem.
- Tak, też.
- Masz może ochotę wybrać się z nami do sklepu? - wskazał na starszego o kilka dobrych lat faceta. - To mój wujek. - powiedział chłopak o anielskim głosie.
-Chętnie się wybiorę. - wykrztusiłam.
Poszliśmy do pobliskiego Netto. Po drodze przedstawił się, Grzesiek... 'Cóż za piękne imię' - pomyślałam. Zachciało mi się pić i spać, więc wybrałam dla siebie napój energetyczny i udałam się w kierunku kas fiskalnych. Przede mną stał Grzesiek, zanim się zorientowałam zapłacił za mój napój. Było mi strasznie niezręcznie. Wróciliśmy na przystanek, usta nie zamykały nam się nawet na chwilę. Nawet nie zorientowaliśmy się, że minęła godzina. Na przystanek podjechała nyska, o dziwo Grzesiek wsiadł do mojej. Wymieniliśmy się numerami i udaliśmy się do swoich domów.
Tego samego wieczora dostałam przesłodkiego SMS-a na dobranoc, rano obudził mnie również cudowny SMS. Zaczęliśmy się spotykać, zostaliśmy parą. Byłam najszczęśliwszą osobą na całej Ziemi. Wiedział o mnie wszystko, znał moje plany, marzenia, sny, wiedział o wszystkich lękach. Poprosiłam, żeby poszedł ze mną na grób taty, umówiliśmy się w dniu rocznicy śmierci. Byłam kilka godzin przed czasem, próbowałam dodzwonić się do Grześka, chciałam go usłyszeć, ale nie odbierał. Martwiłam się, ciągle spoglądałam na wyświetlacz, co jakiś czas próbowałam ponownie dodzwonić się do niego. W końcu odebrał. Usłyszałam jakieś szmery i rozmowę jego z kolegą:
- Kto się tak dobija? - zapytał kolega.
- A jak myślisz? - Odparł z przekąsem Grzesiek.
Po tych słowach się rozłączyłam. Potrzebowałam jego obecności, chciałam, żeby był ze mną w tej trudnej chwili, marzyłam, żeby tata zobaczył go, było to dla mnie szalenie ważne. Z łzami w oczach weszłam na cmentarz, walczyłam ze sobą, żeby nie zawrócić. Przywitałam się z ojczulkiem, zapaliłam mu świeczkę, najpiękniejszą jaką znalazłam, specjalną na te spotkanie. Usiadłam przy Nim, rozmawiałam z Nim i płakałam. W końcu uciekłam, zostawiłam to miejsce, trochę weselsze niż przed moim przybyciem i udałam się do domu.
Zadzwoniłam do Grześka, nie odebrał. 'Do trzech razy sztuka' - pomyślałam. Za trzecim razem usłyszałam głos po drugiej stronie słuchawki, ten głos nie należał do Grześka, to był kobiecy głos:
-Hej, mój chłopak jest teraz zajęty. Mówił, że będziesz dzwonić i prosił, żeby przekazać, że oddzwoni. - powiedziała.
- D... dzięki. - wykrztusiłam.
Zszokowana opadłam na łóżko, nic już nie rozumiałam. Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk telefonu, na wyświetlaczu pojawiło się 'Grzesiu' i jego zdjęcie. Odebrałam.
- Hej, masz mi coś do powiedzenia? - zapytałam, nie dając dojść mu dojść do słowa.
- Cześć. Skąd znasz mojego chłopaka, kim on dla ciebie jest? - zapytała ta sama kobieta, z którą wcześniej rozmawiałam.
- Nie znam go. Jest dla mnie NIKIM, coś jeszcze chcesz wiedzieć?
- Yyy..
-Dobranoc. - przerwałam i rozłączyłam się.

Grzesiek nie miał odwagi zadzwonić, wyjaśnić niczego. Zebrał się na odwagę pół roku później. Następnie zniknął znowu. Teraz, po kolejnym 'pół roku' pojawił się. Tęskni, kocha, żałuje... Bla, bla, bla... A ja zrozumiałam, że nie umiem wybaczać, że nigdy nie pozwolę nikomu drugi raz zrobić z mojego życia bagna. Jestem Człowiekiem Skurwielem, ale uczę się od najlepszych. Pozdrawiam Grzesia, DOROŚNIJ KOCHANIE, coś dla Ciebie.

A morał jest taki: NIGDY nie pozwól na to, by ktoś stał się dla Ciebie wszystkim, bo gdy odejdzie zostaniesz z niczym.
  • awatar Gość: tak szymanek
  • awatar Szymanek: @- SHOW ME WHAT IS LOVE-: Dziękuję :* Tak, piszę o prawdziwych wydarzeniach. Jeszcze raz dziękuję z całego serduszka.
  • awatar -MIASTO PSYCHOPATY -: Zakochałem się w Twoim blogu... :o Jest pełen magii *O* takiej szczerości (o ile piszesz o zdażeniach prawdziwych, ale wnioskuję, że tak.) :**
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›